Spotkanie z klientem idealnym

Spotkanie było udane. Szybka, treściwa rozmowa. Podesłałem wcześniej brief do wypełnienia, podobno klient wie co z nim zrobić. Nie chciałem go wysyłać, ale sam prosił. Okej, zobaczymy. Po 40sto minutowej rozmowie uścisneliśmy sobie dłonie i powiedzieliśmy „do usłyszenia!„. Była już godzina 16. Pora wracać na mieszkanie. 

Pierwszy mail

Po powrocie coś zjadłem, zrobiło się ciemno. Wieczór. Coś mnie skusiło żeby sprawdzić pocztę. Jest wiadomość od klienta, z którym rozmawiałem dziś nt wykonania strony. Czytam „…Panie Adamie, jest już późno więc nie chciałem dzwonić. Podsyłam w załączniku wypełniony brief i odpowiedzi na resztę pytań…„. W końcu ktoś rozumie, że po pracy mam prywatne życie i nie dzwoni o 9 wieczorem. Spoko. Poczytam jeszcze jakąś książke i idę spać. Ostanie 40 minut przed snem jest bardzo ważne, nasza podświadomość analizuje je podczas snu, dlatego warto robić wtedy plany na następny dzień, rozmyślać nad ważnymi problemami lub poczytać coś mądrego. 

Rano wracam do maila. Brief jest faktycznie wypełniony a klient dokładnie wie czego chce. Jest lista podstron, dokładny cel strony, nawet klimat w jaki mamy iść. W takim razie biorę moje notatki z wczorajszego spotkania, szybka analiza i czas przygotować wycenę. Piszę ją w wiadomości zwrotnej i klikam „wyślij”. Poszło. 

Biorę się za inną pracę. Po kilku godzinach postanawiam zrobić przerwę. Nie chce mi się siedzieć na fotelu, ile można, więc idę na spacer. Zakładam słuchawki, zapuszczam jakiś podcast i idę na miasto.

Pierwszy akcept

Po godzinie wracam. Siadam i sprawdam pocztę. Jest wiadomość „…panie Adamie, wycena mi odpowiada. Akceptuję i czekam na umowę…„. Wow, żadnego „syn szwagra robi taniej”, „co tak drogo?”. Zaczyna mi się to podobać chociaż w takiej sytuacji podejrzewam, że za tanio wyceniłem projekt. W stanie lekkiej euforii od razu przygotowuję umowę i wysyłam w odpowiedzi mailem. Idę na obiad.

Wracam za godzinę. Na poczcie czeka już skan podpisanej umowy i wiadomość „…zaliczka wysłana, potwierdzenie w załączniku…”. Lubię typa. Drukuję umowe, dorzucam mój podpis, skanuje i odsyłam. Pora brać się za pracę. 

Zaczyna się trudny etap niepewności. Składam wszystkie notatki, moje i klienta i staram się wymyśleć coś sensownego. Czuję, że będzie dobrze, w końcu to najdokłądniej opisane zlecenie jakie kiedykolwiek miałem. Pierwszy dzień poświęciłem na tworzenie notatek i koncepcji strony.

Drugiego dnia biorę się za tworzenie szkiców. Rozpędziłem się i przygotowuję wstępne grafiki. Raz kozie śmierć, może podejdzie. Wszystko ładnie pakuję i wysyłam mailem. Poszło. 

Pierwszy gorący dzień

Wstaję następnego dnia. Musze skoczyć do ZUSu, jakieś problemy, dodatkowo mam kilka spraw do załatwienia na mieście więc nie sprawdam poczty. Jem szybkie śniadanie i jadę. Już maj, ale do tej pory było chłodno. Lato się nie śpieszyło, do dziś. Jest ponad 25 stopni, super. 

Wracam koło 15. Cały dzień w plecy. Dlatego nie lubię urządów, wszystko się w nich wydłuża a mi z nerwów zaczyna latać powieka. No nic, siadam do kompa i odpalam poczte. Jest wiadomość ws. wysłanego wczoraj projektu strony „…panie Adamie, bardzo nam się podoba. Idealnie wczuł się Pan w klimat, dokładnie o to chodziło. Robimy!…„. Zaczynam nabierać podejrzeń, czy to aby nie jakaś podpucha? Może ktoś zaraz wyskoczy z szafy z kwiatami krzycząc „Mamy cie!”. Czekam więc… Mija minuta, dwie, pięć… Raczej nikt się nie pojawi. 

Przez następne kilka dni kodowałem. Wszystko było dokłanie ustalone, więc w międzyczasie kontakt z klientem był bardziej „kontrolny”. W piątek wszystko było gotowe. Wrzuciłem stronke na serwer i podesłałem dane klientowi żeby się po niej rozejrzał. Chwilowo wolne. Idę się poobijać.

2 dni później dostaję wiadomość. Jest mail od klienta „…przetestowaliśmy stronę internetową. Wszystko się zgadza, wszystko jest jak należy. Proszę o fakturę….„. No nie, to już przegięcie. Gdzie chociaż kilka poprawek DLA ZASADY? Gdzie uwagi od szwagra, żony, teściowej, znajomego chydraulika, kumpla sąsiada, pani od plastyki w szkole córki? W szoku przygotowuję fakturę sprawdając, czy aby dziś nie jest 1 kwietnia. 

Faktura przygotowana. Wysyłam. Termin płatności 14 dni. Może przyjdzie w ciągu miesiąca.

Pierwszy szok

Dzień później dostaje kolejną wiadomość od klienta. Oho, pewnie coś nie tak, pewnie dopiero dziś żona pomyślała, że jednak warto zmienić kolor z niebieskiego na różowy bo w telewizji powiedzieli, że w tym roku będzie modny. Przygotowuje się na mentalny cios. Odwieram maila. Czytam „…faktura opłacona. Dziękuję za współpracę, w razie czego polecę Pana dalej i będziemy w kontakcie. Pozdrawiam serdecznie…„. To za dużo.

Nagle obraz się urywa, nie pamiętam co się przed chwilą działo. Jest jakoś dziwnie. Zemdlałem? Nie. Słońce przedziera się przez szczelinę pomiędzy ramą okna a roletą i świeci po oczach, ja leżę w łóżku. Rozglądam się dookoła, patrzę na zegarek. Godzina 6:24. Spałem.

Wstaję, loguję się na konto bankowe. Ciągle brakuje kilku wpłat za zaległe już od kilkunastu dni faktury. Może klient ma problem, sprawdzam więc pocztę. Brak wiadomości o zaległych wpłatach. Widzę jedynie maile z poprawkami o treści „panie Adamie, wróćmy jednak do tej wersji, która była na samym opczątku, i dajmy tam trochę większe logo… i żona prosi żeby zminić tło na różowe bo podobne teraz takie modne

…a miałem taki fajny sen.